Aromat cynamonu

Zmiażdżone kości i stawy, kolce powbijane w żebra… Tak… Znałem to miejsce… Znałem je bardzo dobrze. Mieszanka chemikaliów o aromacie cynamonu nie mogła wymazać tylko jednego wspomnienia. Za każdym razem śniłem o tym, budziłem się, a potem ogarniał mnie lęk. Lęk przed tym, że to się powtórzy.

tagnone

4 (2)

4 (2)

Aromat cynamonu

Wdech…

Wydech…

Łąka, na której grupka roześmianych dzieci bawiła się starą skórzaną piłką, lśniła w palącym słońcu bezchmurnego letniego południa. Delikatny, słodki zapach kwitnących nagietków wokół dopełniał przyjemności śniadania na świeżym powietrzu w urokliwym zagajniku. Błoga bryza koiła moje ciepłe ciało co kilka sekund, a szelest liści pogłębiał mój relaksujący odpoczynek. Śmiechy i radosne uwagi, które podekscytowane dzieci rzucają sobie nawzajem, napawały nostalgią, jak gdyby to już się gdzieś zdarzyło — w innej rzeczywistości. Może we śnie. Albo we własnym dzieciństwie. Tak czy inaczej, nie miało to większego znaczenia.

Nagle powolne kroki szurające po wyschniętej łące oddzieliły się od śpiewu ptaków. Powoli zbliżał się do mnie starszy mężczyzna. Drogi, brązowy garnitur podkreślał wysoki status sześćdziesięciolatka, a gęsta, siwa broda, krótka jak jego włosy, emanowała wyjątkową elegancją. Nie spojrzał na mnie. Zamiast tego skupiał wzrok na dzieciach bawiących się na łące przed nami. Chociaż jego ubranie było bardzo nietypowe zarówno dla naszego miasteczka Damerau, jak i upałów, ten człowiek zasłużył sobie na prawo wyglądania tu, jak tylko chce.

— Nie są w stanie pojąć, jak bardzo będą za tym wszystkim tęsknić, kiedy dorosną, prawda? — Mężczyzna uśmiechnął się krótko i delikatnie, nie spuszczając wzroku z dzieci.

— Herr Feinman. — Szybko powstałem i otrzepałem się z trawy.

— Lenert.

Herr Feinman nie miał powodu, by ze mną rozmawiać. W rzeczywistości był jedną z niewielu osób, które miały dobre powody, by tego nie robić, co sprawiło, że następująca cisza była jeszcze bardziej niezręczna. Spodziewając się, że powie coś więcej, skoro do mnie podszedł, również spojrzałem na dzieci w oczekiwaniu aż powie więcej.

— Mam nadzieję, że sprawisz, iż ta chwila będzie wyjątkowa, Lenercie — rzekł po paru sekundach jegomość.

— Proszę mi wybaczyć moją ignorancję, ale… jaki moment ma pan na myśli?

— Twoje oświadczyny przed Nume. — Mężczyzna spojrzał mi w oczy.

Moje ciało natychmiast się napięło. Uderzyło we mnie oszołomienie. Nie mogłem mówić. Byłem pewien, że się przesłyszałem. Obawiałem się wręcz, że spędziłem za dużo czasu na słońcu i coś mi się teraz dzieje.

— Chyba nie ma pan na myśli poproszenia jej o rękę? — wykrztusiłem wreszcie.

— Nie będzie drugiej szansy, żeby zrobić to dobrze, wiesz? — powiedział mężczyzna, jakby przypominając sobie własne oświadczyny.

Nagły wstrząs błogiej radości szybko pokonał uczucie zagubienia, które napięło wszystkie mięśnie mojego ciała. Chociaż ostatnią rzeczą, jakiej chciałam, była utrata własnego wizerunku męskości przed nim. Całe moje ciało zaczęło drżeć.

— No dalej, nie blokuj emocji — dodał sześćdziesięciolatek.

Człowiek przede mną, którego słowa miały zmienić całą moją przyszłość, był zamożnym notariuszem obsługującym najbardziej wpływowych szlachciców w Królewcu. Od lat aktywnie sprzeciwiał się mojemu związkowi z jego córką Nume. Beształ nas oboje za każdym razem, gdy okazywaliśmy sobie jakiekolwiek oznaki uczucia, i nieustannie namawiał Nume, by znalazła sobie lepszego kandydata na męża. Teraz, z jakiegoś powodu, właśnie zrobił coś przeciwnego.

— J-ja-ja nie wiem, co powiedzieć. Dziękuję. Dziękuję bardzo, Herr Feinman! Obiecuję, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby wszystkie chwile, które mam szczęście spędzić z nią, były wyjątkowe! Ale-

— Jednakże — przerwał mi mężczyzna. — Mam dwa warunki, o których spełnienie muszę cię wcześniej poprosić.

Oczywiście to nie mogło być takie proste, ale byłem gotów zrobić wszystko.

— Oczekuję, że oboje przeniesiecie się do Królewca, abym mógł otoczyć was należytą ojcowską opieką, podczas gdy będziecie budować swój pierwszy dom. Jako że, w słowach Nume, dość dobrze znasz języki obce i każdego dnia coraz więcej obcokrajowców decyduje się na skorzystanie z moich usług, zatrudnię cię jako swojego asystenta. Oczywiście pod warunkiem, że jesteś na to gotów, ponieważ czekać będzie cię dużo nauki.

— Herr Feinman, zrobię wszystko, co będzie konieczne, aby zaufał mi pan jako swojemu przyszłemu zięciowi. Jednak… Proszę nie odebrać tego źle, ale muszę zapytać: co zmieniło pana zdanie na temat mojego związku z Nume? Jest pan taki miły i to takie nieoczekiwane… Ja… brak mi słów!

— Lenercie, nie zrozum mnie źle — odparł sześćdziesięciolatek. — Wolałbym, żeby moja córka gardziła mną przez lata, niż żeby spędziła życie z jakąś przestępczą szumowiną. Niemniej okazałeś swoją determinację, by swoje położenie zmienić, a ja zdałem sobie sprawę, że jeśli zmuszę ją do spędzenia życia z kimś, na kim jej nie zależy, nie tylko mną pogardzi, ale ja znienawidzę siebie. W związku z tym zdecydowałem się w ciebie zainwestować. Mamy rok 1843, a Nume osiągnęła wiek, w którym powinna wreszcie wyjść za mąż.

To były ostre słowa, ale pełne racji. Po prostu skinąłem głową — było to skinienie pełne pokory i uznania. Herr Feinman nie był człowiekiem łatwym do polubienia, ale zdobył szacunek społeczności. Urodził się w Damerau, a mimo to przedarł się do wyższych sfer społeczeństwa. Nigdy nie zapomniał, skąd pochodzi. W potrzebie, gdy wszyscy udawali, że nie widzą Damerau, zawsze wyciągał rękę w stronę naszego miasteczka i był gotów mu pomóc, jak tylko umiał.

Równie szybko, jak przed chwilą moje ciało wypełniło się euforią, olśniło mnie coś znacznie mroczniejszego — świadomość, że niestety, mimo wszystko, mogę nie być w stanie spełnić tego warunku.

— Wie pan, że jeszcze przez dwa lata będę musiał pracować dla barona Armonisa? Nie mogę opuścić Damerau przed zakończeniem mojej służby karnej.

— Gdyby ktoś nieostrożny został przyłapany na czymś tak głupim jak kłusownictwo w lasach barona, z pewnością można by się spodziewać przykrych konsekwencji. Tak, doskonale zdaję sobie sprawę z twojej trudnej sytuacji.

— W takim razie musi sobie pan też zdać sprawę, że jeszcze nie będę mógł przeprowadzić się do Królewca…

— Tak się składa, że twój obowiązek pracy jako ogrodnik dla barona Sosnowego Zamku jest przedmiotem drugiego warunku, o którego spełnienie cię proszę: dzisiaj musisz otrzymać jego ułaskawienie.

— Ale… Herr Feinman, baron był bardzo zdeterminowany, by wrzucić mnie do lochu. Właściwie do dziś nie jestem pewien, dlaczego ostatecznie zgodził się na mniejszą formę kary. Nie ma szans, żeby posunął się dalej ze swoją dobrocią.

— Dobrocią? Naprawdę? — Herr Feinman prychnął szyderczo. — Jeśli tak można nazwać jego gotowość zakucia cię w łańcuchy i wrzucenia w najciemniejsze zakątki jego więzienia. Przekonanie go, by tego nie czynił, było bardzo dobrym ćwiczeniem w sztuce negocjacji.

— Herr Feinman… Czy próbuje pan powiedzieć, że…

— Nie próbuję. Baron Sosnowego Zamku ma… interes w unikaniu zainteresowania ze strony rycerzy Orderu Orła Czarnego, których ciekawość z pewnością wzrosła w ostatnich latach, jeśli chodzi o jego współpracę z tajnymi zgrupowaniami. Ja zaś mam środki, by… powiedzmy, złagodzić presję rówieśników, jeśli sobie tego zażyczę. Dzisiaj zaś zechciałem dać ci szansę, Lenercie.

Zanim zmarła, moja mama mawiała, że jeśli coś brzmi zbyt dobrze, żeby było prawdziwe, to prawdopodobnie takie nie jest. Mimo to, wiedząc, jakim przyzwoitym człowiekiem był Herr Feinman, byłem skłonny mu uwierzyć.

— Nie wiem, co o tym myśleć, a tym bardziej, co powiedzieć, ale… Jeszcze raz dziękuję za życzliwość, proszę pana.

— Ani Nume, ani ja nie mamy czasu czekać, aż ukończysz służbę karną. Dlatego weźmiesz ten list. — Herr Feinman wyjął z kieszeni na piersi zapieczętowaną kopertę. — Dostarczysz go baronowi i w zamian dostaniesz jego ułaskawienie, więc będziesz mógł pojechać z nami do Królewca.

— Co jest w nim napisane? — Wziąłem list do ręki.

— Ostrożnie! — Herr Feinman podniósł głos. — Najważniejsze jest, aby dostarczyć go zapieczętowany.

— Ale… co jest w nim napisane?

— Baron Sosnowego Zamku ma o wiele większe zmartwienia niż jakiś głupi, młody kłusownik na służbie karnej. Ten list uspokoi jego umysł w kwestii zmartwień. Jednakże, gdybyś z powodu jakiejś idiotycznej ciekawości zdecydował się go przeczytać…

— Co wtedy?

Herr Feinman milczał przez chwilę, jakby zastanawiał się, czy zaspokoić moją ciekawość. Po paru sekundach jednak westchnął:

— Lenercie, w chwili, gdy mu to dostarczysz, znów będziesz wolny. Tylko to się naprawdę liczy.

— Proszę pana, jestem niezwykle wdzięczny za pana życzliwość, ale muszę wiedzieć więcej.

— Zapamiętaj więc moje słowa: jeśli otworzysz tę kopertę, nigdy nie opuścisz Sosnowego Zamku.

Niemal natychmiast zimny pot okrył moje czoło, podczas gdy moja wyobraźnia próbowała wypełnić możliwą treść listu. Kiedy nasze oczy połączyły się w najbardziej ponury sposób, cienie w pobliskim lesie wydawały się ciemniejsze, mimo że słońce zdawało się powoli wypalać trawę wokół zagajnika. Starałem się wychwycić w oczach Herr Feinmana cień hiperbolizacji, ale go nie wykryłem.

— Tutaj jesteś! Wszędzie cię szukałem, ojcze! Tak się martwiłam! — wrzasnęła za nami młoda kobieta.

Kiedy odwróciłem się, by ją powitać, uniosła brwi i szerzej otworzyła swoje żywe, zielone oczy.

— Lenert? Już myślałem, że Jan sobie żartuje!

Nume miała dwadzieścia kilka lat. Pomimo że w młodym wieku straciła matkę, była naszą lokalną gwiazdą, której chwiejnemu kokowi orzechowych włosów zawsze towarzyszył jej łagodny uśmiech emanujący zaraźliwym optymizmem. W przeciwieństwie do większości mieszkańców naszej osady — Nume utrzymywała dobre relacje dosłownie ze wszystkimi wokół. Pracowała bardzo ciężko w magistracie, rok po roku udowadniając, że umie o siebie zadbać, ojcu, który większość czasu spędzał w Królewcu.

— Czy to konkurs na gapienie się, czy co? — Dziewczyna uściskała ojca i uśmiechnęła się do mnie z lekką nutą zmartwienia w oczach. — O czym wy dwaj mogliście rozmawiać?

— Moja droga Nume, biorąc pod uwagę charakter naszej rozmowy, uważam, że to Lenert powinien podzielić się z tobą dobrą nowiną. Niestety, ta nieustająca temperatura już zmęczyła moje stare ciało, więc myślę, że drzemka w gospodzie jest w porządku. — Herr Feinman odwzajemnił uścisk zdezorientowanej córki, a potem zwrócił się do mnie. — Och, a powóz czeka na ciebie przy farmie.

— Powóz? — zapytała Nume. — Co się dzieje? Dokąd jedziesz?

Herr Feinman spojrzał na mnie jeszcze raz, zachęcając nieco zmartwionym wyrazem twarzy, abym usłuchał tego, co mi powiedział, po czym ruszył w stronę budynków znajdujących się w niewielkiej odległości za zagajnikiem:

— Porozmawiamy później, we troje.

Wszystko zaplanował, jeszcze zanim otworzył usta. Jeśli dostarczenie tego listu miało na zawsze związać mnie z Nume, nic więcej się dla mnie nie liczyło.

— Zapytam cię ostatni raz. — Nume zbeształa mnie wyrazem twarzy. — Co wy dwaj knujecie?

— Nume, moja najsłodsza miłości, tak bardzo chcę ci teraz wszystko powiedzieć, ale wpierw muszę zrobić jeszcze jedną rzecz: muszę udać się do barona po ułaskawienie.

— To sprawka mojego ojca, prawda? — Kobieta westchnęła. — Dlaczego miałby ci w tym pomóc, Lenercie?

— Mogę ci teraz powiedzieć tylko to, że twój ojciec jest… niezwykłym człowiekiem i czekają nas dobre rzeczy, ciebie i mnie.

— Nie chcesz chyba powiedzieć, że zgodził się…

— Właściwie… właśnie to uczynił. — Uśmiechnąłem się szeroko.

Nagły krzyk szczęścia przeszył powietrze wypełnione odległymi wrzaskami dzieci i śmiechem, gdy Nume zbliżyła się, by mnie objąć i pocałować:

— J-ja muszę wrócić do magistratu, żeby dokończyć trochę papierkowej roboty, ale to jest taka dobra wiadomość!

— Myślę, że zapamiętam ten dzień jako jeden z najlepszych w całym moim życiu! Będziemy razem do końca życia! Jak to brzmi?!

— No dalej! W takim razie idziemy do powozu! — Podekscytowana kobieta wzięła mnie za rękę i z radosnymi uśmiechami ruszyliśmy w kierunku farmy.

Śmiałem się i gładziłem kciukiem jedwabistą skórę jej dłoni, patrząc głęboko w piękne oczy Nume. Nagle jednak wszystko wokół zaczęło się zmieniać. Ciepłe i świeże letnie powietrze, przesycone lekką słodyczą nagietków, szybko się rozproszyło, a jego miejsce zajął przyprawiający o mdłości smród gnijącego mięsa i wilgotnych, omszałych kamieni. Śmiechy i krzyki bawiących się dzieci ustąpiły miejsca echom bolesnych krzyków i płaczu. Piękny uśmiech Nume zamienił się w migotanie światła świec na zardzewiałych prętach mojej klatki, gdy ciepło dłoni mojej ukochanej stało się chłodem lochu wypełnionego gęstą ciemnością. Nawet odczucia w moim ciele ustąpiły miejsca odległym fizycznym wspomnieniom tortur, gdy zdałem sobie sprawę, że to już wcale nie było ciało — to były zwłoki.

Mężczyzna w brudnej koszuli z podwiniętymi rękawami stał przed klatką, w półcieniu, gdzie ciemność spotykała się z blaskiem świec. Był ledwo widoczny, ale dostrzegłem, że to młody brunet bez zarostu. Oddychając ciężko, obserwował mnie z nutą zaciekawienia w niezwykle zmęczonych oczach.

Gdy w korytarzu za nim rozległy się kroki, na chwilę się spiął i odsunął od ciemności. Wyszedł inny człowiek i zatrzymał się obok niego. Był nieco starszy i miał długie, rude włosy. Miał na sobie drogi, zamszowy płaszcz i niósł małą skórzaną torbę. Spojrzawszy na mnie przelotnie z obojętnością na twarzy, skierował wzrok na młodszego mężczyznę.

— Oskarze? Czyżbyś znów pogubił się w swych myślach? — zapytał po niemiecku, z pruskim akcentem starszy mężczyzna.

Kiedy moje ciało, które ledwo rozpoznawałem, zaczęło niekontrolowanie drżeć, zdałem sobie sprawę, że całe szczęście zniknęło, tak po prostu. Zmiażdżone kości i stawy, kolce powbijane w żebra… Tak… Znałem to miejsce… Znałem je bardzo dobrze. Mieszanka chemikaliów o aromacie cynamonu nie mogła wymazać tylko jednego wspomnienia. Za każdym razem śniłem o tym, budziłem się, a potem ogarniał mnie lęk. Lęk przed tym, że to się powtórzy. Zawsze tak jest. Zupełnie jakby sam eliksir dokładnie wiedział, jak poruszyć mnie do głębi, jak drwić ze mnie, zamieniając moje ostatnie wspomnienie — być może najszczęśliwsze w całym moim życiu — w potworność, której teraz wolałbym, żeby w ogóle nie istniała. Potworność, która jest moim jedynym wspomnieniem, bez którego nie miałbym żadnej tożsamości.

— Spójrz na tego biedaka, Armonisie — powiedział młody człowiek. Użył łamanego niemieckiego z akcentem, który przywoływał na myśl przechodzącą językiem rosyjskim polszczyznę z Królestwa Kongresowego. — Myślę, że on już nam nie pomoże.

— Chodź na dziedziniec. Obojgu nam przydałoby się trochę świeżego powietrza. Nawet najzdrowszy umysł, który spędził tyle godzin w tym smrodzie, może czasem wypaść z rytmu, Oskarze.

— Armonisie, nie sądzę, by nowy preparat amnezyjny na niego działał. Otrzymał zbyt dużo dawek — powtórzył głośniej Polak. — Wydaje mi się, że to niezbity dowód na to, iż Autorytet musi znaleźć nowy sposób na kasację wspomnień, niezwiązany z używaniem substancji chemicznych. Niezależnie od tego, ile eksperymentów przeprowadzimy, w subiektach z czasem buduje się odporność nawet na nasz prototyp.

Nie mogłem już nawet przypomnieć sobie jego nazwiska rodowego, ale moje ostatnie wspomnienie bardzo dobrze znało Armonisa, barona Sosnowego Zamku. Ten drugi — Oskar — był mi zupełnie nieznany. Wyglądał i brzmiał jak jakiś naukowiec. Nie rozumiałem, czym jest Autorytet ani co oznacza preparat amnezyjny. Czyżby były to te cynamonowe chemikalia, które torturują mnie psychicznie?

— Dobrze wiesz, Oskarze, że nasza mikstura nie ma łagodzić ich cierpienia. Ma ona usuwać wspomnienia z całego życia. Nie dziw się, że echo fizycznego i psychicznego bólu wciąż dobywa się z subiektów i nie myl go ze skutecznością wobec informacji. Zresztą to naturalne, że niemal do każdego środka można się zaadaptować, a skuteczność tego umożliwia subiektom zachowanie wyłącznie najcenniejszych swoich wspomnień. Tak jak tonąca osoba złapie się wszystkiego, co powstrzyma ją przed spadkiem w czeluści niebytu. Tak czy inaczej, to właśnie tam wszyscy w końcu trafiają.

— W takim razie… dlaczego wciąż go tu trzymasz? — zapytał Oskar.

— Śmiało, pchnij go zatem w otchłań! — Baron wyjął z torby zardzewiały nóż i podał go Polakowi.

Oskar wziął nóż i spojrzał na mnie. Straszny dreszcz przebiegł mu po twarzy, gdy otworzył szerzej oczy i wydął usta. Cień morderstwa zaczął emanować z oczu pozornie troskliwego mężczyzny.

Nagle uspokajające uczucie rozlało się po mojej klatce piersiowej. Nawet moje ciało przestało drżeć. Nie mając żadnych wątpliwości w umyśle, uśmiechnąłem się w głębi duszy. Wiedziałem bardzo dobrze, że nie ma dla mnie innego sposobu na opuszczenie tego miejsca. Byłoby to nie tylko nierozsądne dla barona, ale niewyobrażalne dla tego ciała, ponieważ w tym momencie ledwo mogłem się ruszyć. Miałem tylko nadzieję, że w sercu Polaka pozostał ślad miłosierdzia. Potrzebowałem, żeby to zakończył — żeby raz na zawsze zatrzymał koszmar.

Młody człowiek otworzył moją klatkę, ale po paru sekundach zastanowienia wypuścił nóż z ręki i pokręcił głową. Metaliczny trzask odbijał się echem przez kilka sekund w najdalszych zakątkach lochu.

— Tak jak sądziłem… Zbyt dobrze rozumiesz, że gdy Autorytet określa nasze cele, nie interesuje go, że w drodze do nich śmierć poniesie część najzagorzalszych kryminalistów. Wiesz też, iż uchronili cię za wiedzę i umiejętności przed karą śmierci za czary i że jeśli ich zawiedziesz, równie łatwo sprawią, że katowski topór opadnie na twoją szyję — stwierdził baron.

— P-p-proszę! Miejże litość! — krzyknąłem, wiedząc zbyt dobrze, co mnie czeka, jeśli mnie nie zabiją. — Skończ z tym, teraz! Błagam!

— Dlaczego reaguje tak panicznie? Myślałem, że to pierwsze tortury najmocniej wyzwolą jego emocje. — Polak spojrzał baronowi w oczy.

— Widzisz, Oskarze — odparł szlachcic. — Dla niektórych największym cierpieniem nie są tortury fizyczne ani udręka oczekiwania.

— Co zatem?

— Jest to sama świadomości tego, że do końca życia, za każdym razem, gdy się obudzisz, stracisz ostatnią rzecz, która powstrzymuje cię przed spadnięciem w otchłań.

Polak wyjął z kieszeni małą buteleczkę wypełnioną żółtym płynem. Gdy jego delikatny cynamonowy zapach zaczął mieszać się z ohydnym smrodem lochu, spojrzał na mnie.

Moje serce zabiło szybciej, gdy uświadomiłem sobie, że wkrótce płyn znów znajdzie się w moich ustach. Nie mogąc ruszyć się nawet o cal, zacząłem kręcić głową:

— N-nie pamiętam! Czy ja przeczytałem tę cholerną wiadomość? Czy to dlatego mi to robicie? Może właśnie to Feinman kazał wam zrobić ze mną w swoim liście? Powiedzcie mi, proszę! Przynajmniej możecie mi powiedzieć tę jedną rzecz!

— O jakim liście on mówi, Armonisie? — zapytał Oskar.

— Łże! Każde przestępcze ścierwo łże, by tylko oszczędzić się z konsekwencji mordowania. Nie sugeruję ci widzieć w nim człowieka. Odkąd tylko popełnił morderstwo, jest rzeczą. Zostanie zatem użyty do ochrony ludzkości.

— Nie, nie, nie! Ty kłamco! Nikogo nie zabiłem! Potwory, zniszczyliście moje życie… Moją przyszłość! — Zacząłem płakać. — Dlaczego mi to robicie?! Jak ktokolwiek może zrobić coś takiego drugiej osobie?!

Obaj mężczyźni podeszli do mnie. Polak podał eliksir baronowi, a potem włożył mi kołek do ust, podczas gdy ja płakałem, nie mogąc się im w żaden sposób fizycznie przeciwstawić. Wtedy baron wlał mi do ust całą zawartość butelki.

Przyprawiający o mdłości aromat cynamonu natychmiast wypełnił mój nos, a słodka, zimna ciecz wlała się przez moje ciało do żołądka. Sekundę później potrząsnęła mną seria skurczów, a kolory w mojej wizji ustąpiły miejsca czarności i bieli. Szczegóły tego, co widziałem, zaczęły się rozmywać. Wkrótce rzeczywistość zaczęła się rozpadać i wszystko, co mogłem dostrzec, to dwie niewyraźne sylwetki. Jedna z nich po zamknięciu klatki przykucnęła tuż przed jej drzwiami.

— Chodź, Oskarze. Zasługujesz na odpoczynek. Dobrze się dziś spisałeś. — Baron zniknął w ciemnościach.

— Przykro mi, ale stawka jest tu po prostu zbyt wysoka. Wiedz, że z tego całego zła wyniknie przynajmniej pomoc dla świata — szepnął Polak. — Niech cię ta myśl zabierze i uspokoi. Odpocznij. Po prostu… wdech… wydech…


O ile nie stwierdzono inaczej, treści niniejszej witryny objęte są postanowieniami licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 4.0 Międzynarodowe.