RPC-209

Jestem RPC-209

tagshow

3.8 (4)

3.8 (4)

us.png

Jestem RPC-209

Można mnie łatwo zabezpieczyć w zwykłej zamkniętej przechowalni. Nie ma tam żadnego światła. Jest dosyć zimno, nawet bardzo. Ściany przechowalni są wykonane z twardego metalu. Nie mam gdzie spać, prócz podłogi. Gdy się budzę, całe moje ciało boli. Pokój jest pusty. Na dole drzwi jest mały otwór, który używany jest do wsuwania jedzenia. Dostaję 2 posiłki dziennie, o ile mam farta.

Jestem zwykłym ludzkim mężczyzną z jedną anomalną właściwością. Tylko ja jestem w stanie zapisywać informacje o sobie. Nikt inny, w tym badacze z Autorytetu, nie jest w stanie udokumentować niczego na mój temat, nawet z pomocą takich nośników, jak nagrania audio. Próba dokonania tego powoduje nagłą śmierć, najczęściej z powodu niewydolności oddechowej.

Oczywiście oznacza to, że muszę tworzyć każdy dokument, który się do mnie odnosi. Obejmuje to logi badań, poufne wiadomości e-mail, a nawet ten właśnie dokument. Autorytet jest zmuszony umożliwić mi poznanie każdej informacji o mnie. Każdego detalu. Z tego powodu muszą mi często podawać preparaty amnezyjne. Usuwają wiedzę o tym, co wiem, ale ból, jaki powodują wspomnienia, wciąż tu jest. Środek ten nie potrafi usuwać czystych emocji. Nie wiem — nie mogę wiedzieć tego, co kiedyś wiedziałem, ale cierpienie wciąż mnie zżera.

W moich wspomnieniach istnieją spore luki. Moje życie jest serią rozłącznych segmentów pomiędzy pustkami nicości. To rani. Nie mogę się powstrzymać od rozmyślania o wszystkich możliwych rzeczach, które napisałem i które zostały usunięte z mojego umysłu. Każdy pojedynczy przekaz, który ktoś musiał o mnie napisać. To ja musiałem to robić. Niezliczone rozmowy, granie na obie strony, tuż przed usunięciem tego z głowy.

Wyobrażałem sobie, że w pewnym momencie musiałem napisać e-mail w imieniu Głównego Badacza do Dyrektora Placówki w sprawie mojej własnej terminacji. Wygląda na to, że do tego w końcu by doszło, jeśli minęłoby wystarczająco dużo czasu. Oczywiście, ostatecznie do tego nie doszło. Mogę tylko założyć, że to dlatego, iż oni mnie do czegoś potrzebuje. Muszą mieć powód, by trzymać mnie w pobliżu.

Autorytet ma wiele sposobów, by dostawać to, czego ode mnie potrzebuje. Często mówią mi dokładnie, co mam napisać — słowo w słowo. Jeśli zapiszę ich wiadomość, jak mówią, zostaję odesłany z powrotem do mojej przechowalni. Jeśli nie jestem taki chętny do współpracy, próbują mnie do tego zmusić. Mogę sobie tylko wyobrazić pogróżki, które wobec mnie wystosowali, a potem wymazali mi o nich pamięć preparatami. Nie mogę tego znieść.

Postanowiłem, że w ogóle przestanę dla nich pisać cokolwiek. Próbowali nakłonić mnie do pracy. Powiedzieli, że zabiorą mi łóżko, światła, ogrzewanie, i tak też zrobili. Nawet nie drgnąłem. Nie zrobiłem tego, co chcieli. Mam przeczucie z tyłu głowy, że to już się kilka razy wydarzyło. Bez względu na to, co próbują zrobić, w końcu się załamuję — bez względu na to, ile razy wymażą mi wspomnienia, i zaczną od nowa.

Wrzucili mnie do mojej pustej przechowalni i pozostawili samego. Kręciłem się w ciemnościach. Dwa razy dziennie, każdego dnia, bez żadnej innej interakcji; przepuszczali przez otwór tacę z jedzeniem.

Pewnego dnia drzwi celi się otworzyły. Rozbłysk światła wypełnił czarny pokój. Wypaliło mi oczy po przyzwyczajeniu się do ciemności przez tyle dni. Po chwili zobaczyłem postać przebijającą się przez blask. Mężczyzna w niebieskim stroju chwycił mnie za koszulę i podciągnął do góry. Założył mi metalową smycz i ściągnął mnie na podłogę. Prawie upadłem; moje nogi były zbyt słabe, by utrzymać własny ciężar. Mimo to mnie wyciągnął.

Doszliśmy do pokoju podobnego do mojej przechowalni. Było zimno. Całe pomieszczenie miało zardzewiałe ściany oraz pojedynczą bladą lampkę zawieszoną u środka sufitu. Wrzucił mnie do pokoju i powiedział:

— To twoja ostatnia szansa na współpracę.

Kiedy mnie tam wrzucił, rozbiłem głową o podłogę. Moja szczęka bolała nieubłaganie. Odwróciłem się, by się z nim zmierzyć i powiedziałem przez ból jedno słowo:

— Nie.

Zamknął drzwi. Światła zgasły, a ja zostałem sam. Po, wydaje mi się, godzinie drzwi się otworzyły. Światła wciąż były zgaszone. Przy drzwiach stał ktoś nowy, trzymając coś w rękach. Na początku nie umiałem dostrzec, czym to coś było. Wszedł do pokoju i włączył światło. Wypełniło ono pokój brzydką, żółtą poświatą i monotonnym buczeniem.

Trzymał notatnik i długopis. Podał je mnie. Kazał mi spisać wszystko, co wiem o sobie (pewnie po to, żeby dowiedzieć się, czy zapomnieli mnie poddać działaniu preparatów). Ponownie odmówiłem. Następnie wyciągnął pistolet z tylnej kieszeni, załadował go i umieścił lufę z tyłu głowy. Było jeszcze zimniej przy mojej głowie niż kiedykolwiek w mojej celi.

Taki jest ten dokument. To nie jest to, o co prosiliście, i to mnie nie obchodzi. Zniszczyliście już mojego ducha, mój rozum i moją duszę. Równie dobrze możecie rozwalić mi czaszkę. Wystarczy jedna kula.

Znam ten wasz blef.


O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 License